Odgrywcy

wtorek, października 06, 2020 Magda 0 Comments

Do niedawna sądziłam, że główną motywacją współczesnych podróży jest masowa chęć bycia odkrywcą. Nie mogłam bardziej się mylić.

Myślałam, że właśnie na tym polega cichy dramat współczesności: nie zostało już nic do odkrycia. Wszystko jest dostępne dla wszystkich i właśnie dlatego traci na wartości. Ta zasada pasuje do najróżniejszych aspektów życia w dzisiejszym świecie. Sklepowe półki uginają się pod ciężarem pięknych, niedrogich rzeczy, ale znosząc je do domu nie czujemy długotrwałego zachwytu, tylko narastającą chęć odgracenia przestrzeni. Nie musimy już czekać na kinową premierę hitów z zagranicy ani przewijać skrzypiącej kasety, żeby posłuchać ulubionej piosenki: streamingowy róg obfitości jest dostępny przez całą dobę, wystarczy tylko podrapać za uchem smartfon albo krzyknąć na Alexę. Jako obiecująca, ale mało znana pisarka odczuwam to samo zjawisko w dziedzinie twórczości: bez porównania łatwiej niż kiedyś jest dziś wydać książkę, za to szansa, że ktoś ją przeczyta jest jeszcze mniejsza niż ta, że ktoś ją kupi. To wszystko sprawia, że budzi się w nas jakaś niewyjaśniona tęsknota. Mamy w zasięgu, co tylko nam się zamarzy, ale nic w tym szczególnego, bo wszyscy inni też.

Zakładałam, że podobnie jest z podróżami. Co z tego, że za kilkadziesiąt złotych możemy być w innym kraju, skoro na mapie nie ma już białych plam. Nie zostało już nic do odkrycia, wszędzie już ktoś przed nami był (i pewnie zostawił swoje śmieci). Nie ma już szans na sceny jak z „Rajskiej plaży” Alexa Garlanda, kultowej powieści backackerów (bohaterowie to grupa uciekinierów od współczesnego świata, która osiedla się na bezludnej wyspie i zakłada tam społeczność na nowych, własnych zasadach). Nawet ostatnie nieskażone cywilizacją plemię z Andamanów ma dziś status celebrytów, a zamiast od much opędza się pewnie od dronów. 

Podejrzewałam, że właśnie to skazanie na ekspedycyjną porażkę jest największą bolączką wszystkich travelbrytów, blogerów i influencerów. Nie mogą już nas niczym zaskoczyć, zaproponować niczego nowego. Aż jeden z nich uświadomił mi, że jestem w błędzie. Przedstawił nas sobie mój kolega Adrian, ekspert ds. instagramerów. Zwerbowany przez niego gwiazdor social mediów zapytał mnie: „Wydaje ci się, że współcześni podróżnicy wciąż biorą udział w wyścigu, kto dotrze dalej i wyprzedzi resztę? To dawno nieaktualne. Dwieście tysięcy moich followersów ma w nosie to, czy będą oryginalni. Oglądając moje zdjęcia mają jeden cel: przywieźć sobie takie same, zrobione dokładnie tym samym miejscu i pozycji.”

Miał rację. To nie przypadek, że w internecie co chwila natykam się na łudząco podobne do siebie kadry . Dziewczyna sfotografowana tyłem, ciągnąca za rękę podążającego za nią fotografa. Kobieta w kapeluszu na tle włoskiego miasteczka Positano, które kształtem przypomina pastelowy weselny tort. Chłopak „podpierający” krzywą wieżę w Pizie. Taca z owocami unosząca się w malowniczym basenie typu infinity. Niebieski pociąg na górskim zakręcie na Sri Lance, z którego to pociągu ktoś się niebezpiecznie zwiesza. Piękność w sukience brodząca wśród lawendowych pól. Uda przypominające parówki sfotografowane na tle egzotycznej plaży. Ciągle mam wrażenie, że gdzieś już to widziałam.

Ktoś pewnie kiedyś był pierwszy i wymyślił kompozycje, które stały się dziś symbolem masowej turystyki. Dziewczyna ciągnąca za rękę swojego fotografa to motyw słynnego kilka lat temu cyklu „Follow me” autorstwa Murada Osmanna i Natalii Zacharowej. Jonathan Kubben Quinonez zasłynął jako chłopak, który podróżuje po świecie z uroczym hasłem „Mom, I’m fine” („Mamo, u mnie w porządku”). Ale dziś podobne zdjęcia robią wszyscy. Nawet sami blogerzy kopiują siebie nawzajem, powtarzając dokładnie te same ujęcia. Wygląda na to, że zgodnie sobie odpuściliśmy i przestaliśmy marzyć o podbojach, z góry skazanych na porażkę. Kto by miał chęć się gubić, tracić zasięg i skazywać się na niewygody? A po co? To strata cennego czasu. Wolimy iść na skróty i szybko przejść do sedna, czyli dostać się tam, gdzie można odtworzyć podpatrzone u innych efektowne zdjęcia. Nie ma już odkrywania, jest odgrywanie. 

Można się śmiać i wypierać, ale pokusa jest silna. Przyznaję, sama też mam zdjęcie-klasyk z Pizy. I marzę o portrecie wśród lawendy. Najlepiej w zwiewnej sukience albo z piknikowym koszem, siedząc na kocu w krateczkę. Chcę uwieczniać te same czynności co wszyscy. Zjeść pizzę z pieca w Neapolu. Sączyć wino w winnicy w Chianti. Opalać się na pomoście na Malediwach. Żeglować po Lazurowym Wybrzeżu. Czy to nowe zjawisko? Po namyśle stwierdzam, że chyba nie. Bo skąd niby biorą się wszystkie nasze listy podróżniczych marzeń, tzw. bucket lists, które trzeba odhaczyć przed śmiercią? Dlaczego od dziecka marzę właśnie o lawendzie albo czerwonych domkach na Lofotach? Bo kiedyś gdzieś je podpatrzyłam i zapragnęłam przywieźć  sobie takie same zdjęcia, tylko ze mną pośrodku. Nowa jest wyłącznie technika – już nie muszę wycinać stron z gazet i wkładać ich do pudełka. Mogę je sobie przypiąć na Pintereście (choć i on zdążył się już zestarzeć). 

Czasem zastanawiam się, jak w dorosłym życiu będzie podróżować moja trzyletnia córka. Czy tak jak ja będzie podążać za turystycznym imperatywem odgrywcy? A jeśli tak, to w jakiej formie? Może przeludnienie, zmiany klimatyczne i rozwój technologii sprawią, że podróżnicze marzenia da się konsumować jeszcze łatwiej i szybciej, czyli bez ruszania się z miejsca. Zamiast znoju dojazdów, pakowania i spania w obcym łóżku wystarczy wybrać miejsce palcem na mapie, przeczytać nazwę, a następnie położyć się do odpowiedniej sensorycznej kapsuły, która integrując wizję, dźwięki, zapachy i odczucia oszuka mózg i ciało, że naprawdę jesteśmy na wakacjach. Program graficzny umieści naszą wyretuszowaną sylwetkę w dowolnej scenerii i wydrukuje odbitkę (choć tak archaiczna pamiątka nie będzie pewnie nikomu potrzebna). Cały proces potrwa pięć minut. A jeśli ktoś nadal będzie silił się na odkrywczość, będzie mógł stworzyć sobie własną wirtualną rzeczywistość. I zaraz zaprosić do niej innych, by mogli zacząć ją odgrywać. 

Ten tekst ukazał się w cyklu moich felietonów pt. "Podróżności", które co miesiąc można czytać w miesięczniku "Poznaj Świat".


Fot. Quinn Kampschroer/Pixabay 

0 komentarze: