Babie lato

wtorek, września 22, 2020 Magda 0 Comments



Razem z Polkami z różnych stron świata publikujemy przemyślenia na przełomie pór roku. Oto moja porcja. 

Od kiedy zamieszkałam w USA, lato kończy się dla mnie, kiedy nie muszę już włączać klimatyzatora. Przeprowadzając się do Ameryki nie wzięłam pod uwagę drobnego szczegółu, że Nowy Jork leży na szerokości geograficznej Neapolu. Nie przewidziałam, że jest tu tak gorąco. Od początku maja aż do października temperatury często przekraczają 30 stopni, a upał podlany nadmorską wilgocią jest nieznośny. Oglądając mieszkania na wynajem dziwiłam się, czemu w każdym pomieszczeniu pod sufitem wisi wiatrak. Szybko przekonałam się, że to niezbędne urządzenie. Tutejsze ciasne mieszkanka nagrzewają się do niemożliwości. Od wiosny do jesieni klimatyzatory mielą wciąż to samo powietrze, bo jeśli otworzy się choć na chwilę okno, cały efekt wielogodzinnego chłodzenia uleci i trzeba zaczynać od nowa. Zazwyczaj w sierpniu ogarnia mnie melancholia - cichy żal za mijającym czasem i gasnącym słońcem. Ale nie w Nowym Jorku. Z radością powitałam pierwsze nieco chłodniejsze wieczory i ranki. Nucę pod nosem, parząc herbatę i przykrywając nogi cienkim kocem. W kawiarni, obok której mieszkam, wreszcie kupuję gorącą, aromatyczną kawę.

 

Tegoroczne, koronne lato było inne niż poprzednie. Utrudniło mi trochę realizację mojego planu: jednym z głównych powodów naszej przeprowadzki do USA, poza wyzwaniami zadowodymi, był zamiar podróży i dogłębnego zwiedzania tego niesamowitego kraju. Lista miejsc, które chcę odwiedzić w trakcie kontraktu, jest długa i stale rośnie. Przez pierwszy rok szło mi nieźle, razem z mężem i trzyletnią córeczką zobaczyliśmy naprawdę sporo jak na rodzinę z małym dzieckiem. Z zapartym tchem podziwiałam Kalifornię, Nevadę, Wielki Kanion, Montanę, Wyoming, park Yellowstone, Florydę, Portoryko, kawałek Kanady. Na początku roku skoczyliśmy jeszcze na Karaiby, a potem wszystko stanęło w miejscu. Ale nie my. Po odczekaniu pierwszych, najbardziej niepokojących tygodni, zajęłam się planowaniem wycieczek samochodowych. O ile Stany są ogromne, o tyle Nowy Jork ma wymarzone otoczenie i nawet w czasie weekendowych wypadów da się dużo zobaczyć. Blisko stąd i na plaże nad Atlanykiem, i na urokliwe wysypy, i nad zatoczki pełne homarów. W zasięgu kilku godzin jazdy są góry, jeziora, winnice, rzeki, piękne parki stanowe. W czasie, kiedy świat stanął w miejscu, ja po cichu dodałam do listy odwiedzonych miejsc Long Island, Long Beach Island, Cape Cod, Martha’s Vineyard, Rhode Island, Maine, New Hampshire, zaskakująco piękne wybrzeże Connecticut. Unikając hoteli (i dużych wydatków) znalazłam sporo bardzo klimatycznych domów na airbnb. Nieśpieszne zwiedzanie amerykańskiej prowincji tak mnie urzekło, że zaczęłam na ten temat nowy cykl artykułów.

 

Jeden plus tego dziwnego lata to moja nowa umiejętność: elastyczność. Na co dzień jestem bardzo poukładana i lubię, gdy rzeczy dzieją się zgodnie z moim planem. Kiedy jest inaczej, to się frustruję.  Nawet na urlopie jestem podróżniczą perfekcjonistką. Pandemia zmusiła mnie do szybszego przystosowywania się do zmian w pracy i życiu prywatnym. Oraz do porzucenia dalekosiężnych planów, także tych życiowych. Uczę się odpuszczać, oddawać kontrolę, mówić: nie wiem. I z ulgą stwierdzam, że świat się przez to nie zawalił. Pozwalam życiu, by miało coś do powiedzenia. Okazuje się, że całkiem ciekawie mówi.

 

A minus to zmiana, jaka zaszła w Nowym Jorku. Pandemia odberała Wielkiemu Jabłku jego niepotwarzalną atmosferę, luz, radosny kołowrót zdarzeń i wrażeń. Wszystko to za sprawą jednego brakującego elementu – ludzi. Bez nich Nowy Jork nie jest sobą. Puste ulice, brak możliwości siadania w kawiarni i gapienia się na pędzące obok życie, tęsknota za tłumem, który cię potrąca i porywa, kiedy idziesz chodnikiem. Zdaniem wielu Nowy Jork umiera i już się nie odrodzi. Ale ja w to nie wierzę. Historia tego niezywkłego miasta to ciągłe wzloty i upadki. Nowy Jork wychodził cało z ataków terrorystycznych, szalejącej przestępczości lat 70. i 80., śmiertelnych epidemii, kryzysów finansowych, krwawych porachunków gangów i mafii. Wierzę, że odrodzi się i tym razem. Być może plajtujący Manhattan wreszcie stanie się dostępny dla ludzi, których dotąd nie było stać, by tu mieszkać – dla rodzin, artystów, młodych.

 

Lato się kończy, a ja nie mogę doczekać się jesieni w Nowym Jorku. Uważam, że to najpięknieszja pora roku w tym mieście. To krótki okres, kiedy nie trzeba chłodzić mieszkań, ani ogrzewać ich przed przenikiliwym zimnem. Spacery są wtedy najprzyjemniejsze. Można bez wyrzutów sumienia spędzać długie godziny w księgarni albo bibliotece (niestety większość tych drugich jest teraz zamknięta). Jesień to też dobra pora na muzea,  ostatnio z radością pobiegłam do nowootwartego Metropolitan Museum of Art. Wokół roztacza się zachwycający Central Park, który już zaczyna przybierać rudawe barwy. To naukowo udowodnione, że jesienne liście w Ameryce Północnej są bardziej kolorowe niż w Europie. W tym roku zamierzam je fotografować do upadłego w najlepszych do tego miejscach: Catskills, Adirondacks, Vermont i White Mountains.

 

A na koniec, powiem tylko, że ta jesień może być moją ostatnią w Nowym Jorku. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale na wszelki wypadek zamierzam spędzać każdy dzień, jakby było to pożegnanie. I może to właśnie jest największa lekcja, jakiej udzielił nam koronawirus: żyj dziś, bo nie wiadomo, co przyniesie jutro. Wielu znajomych wybierało się do mnie w odwiedziny, ale nie mogli się zebrać na wyznaczenie konkretnego terminu. Teraz plują sobie w brodę, bo nie mogą przylecieć. Ja nie czekam z niczym, planuję kolejne podróże i chwytam każdy dzień.

 

...

 

Tekst ten powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Grupa blogerek z tej cudownej społeczności skupiającej kobiety, Polki, z każdego krańca świata, postanowiła podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na temat odchodzącego lata. Tegoroczne lato było inne niż wszystkie. Covid-19 pokrzyżował wiele planów, ale również otworzył nas na inne, nowe możliwości. Jeśli macie ochotę poczytać o wyjątkowym lecie naszych klubowiczek, zapraszam do śledzenia naszego “łańcuszka”. Teksty publikowane są na poszczególnych blogach w poniedziałki, środy i piątki. Więcej wiadomości znajdziecie na naszych profilu na FB i na Instagramie.

 

Piwerwszy tekt z tego cyklu ukazał się u Ani, na blogu Aniukowe Pisadło

 

Kolejny tekst ukaże się 25 września u Dee z UK. Odwiedźcie jej blog www.dee4di.com.

 






0 komentarze: