Z dala od domu w Święta i Nowy Rok

piątek, grudnia 28, 2018 Magda 0 Comments


To były nasze pierwsze w życiu Święta poza domem. Jak przetrwaliśmy?

Do tej pory opuściłam tylko jedną Wielkanoc (żeby obejrzeć Wielki Tydzień w Andaluzji), ale Bożego Narodzenia nigdy! Kilka razy zdarzyło mi się wyruszyć w podróż w drugi dzień Świąt, ale Wigilia zawsze była rodzinna. Tym razem, jak wiecie z wpisu „Święta w Nowym Jorku”, zostaliśmy z mężem i córką w Stanach.

Może wzruszycie ramionami, że skoro jesteśmy w trójkę, to przecież też rodzinne święta, więc co za różnica. Otóż musicie wiedzieć, że odkąd wzięłam ślub moje „rodzinne święta” zyskały zupełnie nowy, naprawdę spory wymiar. Każdego roku odwiedzamy dwa domy z pełnym świątecznym stołem (pełnym nie tylko od potraw, ale i gości), a pomiędzy zaliczamy także kameralne wizyty u babć. W zeszłym roku musiałam przygotować 26 prezentów! Dlatego była to dla nas spora nowość, że tym razem będziemy sami.

Zdecydowaliśmy, że nie przylecimy do Polski. Mój kontrakt zaczął się dopiero kilka tygodni wcześniej, ledwie zdążyliśmy się przeprowadzić, a ceny biletów do Europy w okresie świątecznym są nieprzyzwoite. Uznaliśmy, że po ponad 30 latach świętowania w kraju możemy zrobić jeden wyjątek. Nie zdążyłam się jeszcze stęsknić, więc nie bałam się poczucia osamotnienia. Przeciwnie, odkąd obwieściliśmy wszystkim, że rozważamy przeprowadzkę, tyle razy wałkowałam ten temat, odpowiadałam na tyle pytań, słuchałam tylu bardziej i mniej sensownych porad, że miałam już serdecznie dosyć tzw. kontaktów międzyludzkich 😊 Potrzebowałam i wciąż potrzebuję chwili przerwy.

Sen z powiek spędzało mi tylko jedno – właściwie nie umiem zrobić żadnej wigilijnej potrawy! No dobrze, może jedną czy dwie, ale z użyciem polskich produktów, których musiałabym tutaj specjalnie szukać. Nie mogłam dopuścić, żeby wyszło na jaw, jak mierną jestem kucharką (choć po paru latach małżeństwa mój mąż mocno się tego domyśla). Dlatego użyłam podstępu i kilka wolnych dni postanowiłam przeznaczyć na wyjazd.

Na początku poczułam to, co zwykle, czyli presję. To miała być nasza pierwsza wycieczka po Stanach. Od czego zacząć, w jakim kierunku pojechać, żeby zobaczyć coś fajnego? Co jest dobrym pomysłem na zimę? Góry czy na zasadzie kontry ocean i wymarłe nadmorskie kurorty o nostalgicznym klimacie? A może szarpnąć się na poszukiwanie ciepła i skoczyć na Florydę? Gorączkowo przeczesywałam Internet i przerzucałam zdjęcia. Chciałam wybrać najlepiej, przywieźć najlepsze wspomnienia, najlepsze kadry i mieć potem do opowiadania najlepsze historie!

Stop. Zatrzymałam się. I wzięłam głęboki oddech.

Przecież to nie ma znaczenia. Każde miejsce, które wybiorę, będzie nowe, bo jesteśmy tu nowi. Każde będzie miało swój urok. I prawdopodobnie każde nam się spodoba. Po co się spinam? Zastanowiłam się chwilę – i zrozumiałam.

Podejrzewam, że w nieco innej formie niż zwykle udzieliło mi się przedświąteczne napięcie, które jest typowe dla nas, Polaków. A już zwłaszcza Polek. Nie tylko od święta, ale w Święta szczególnie, chcemy, żeby wszystko było najlepiej, najpiękniej, wyjątkowo i niepowtarzalnie. Żeby wszyscy się cieszyli i mieli cudowne nastroje. Dlatego wkładamy w specjalne okazje – i w życie w ogóle – tyle wysiłku. Ja właśnie taka jestem. Przeważnie za to siebie lubię, bo entuzjazm i zaangażowanie na różnych polach dają mi dużo radości i w ogóle przynoszą wiele dobrych rzeczy. Ale czasem przynoszą też frustrację. Bo kiedy tak bardzo się staram, to zaczynam mieć oczekiwania. Wyobrażam sobie, jak pewne sytuacje powinny wyglądać, jak ludzie powinni się zachowywać, jak ja sama powinnam się czuć. Liczę, że świat zawsze mi się odwdzięczy za włożony wysiłek. Że jeśli przygotuję te 26 wspaniałych, przemyślanych prezentów, to sama też dostanę 26 wspaniałych, przemyślanych prezentów. A w praktyce dostaję 4 i to średnie. Albo ludzie, dla których jestem miła, bywają akurat nie w sosie i są dla mnie szorstcy. Strasznie mnie to wkurza. W myślach ich obwiniam. A może to ja sama funduję sobie te rozczarowania? Może przykładam wagę nie do tego, co trzeba?

Dlatego w te Święta, z założenia inne niż wszystkie, postanowiłam naprawdę wrzucić na luz. Pojechaliśmy na północ, do Lake George. Nie za daleko. Nie ugotowałam nic, nie posprzątałam, prawie zapomniałam o tym, żeby spakować ładniejszą sukienkę, za to zapomniałam o grzebieniu. Daliśmy sobie po jednym małym prezencie, a wieczerzę zjedliśmy w jedynej czynnej knajpie w miasteczku – u Hindusa. Zamiast opłatka podzieliliśmy się naanem. Może nie było trzaskającego na kominku ognia, zapachu czekolady i mieniących się iskierek na śniegu. Ale nie było też pretensji, przeżarcia i przemęczenia. Czy było lepiej? Nie wiem – jestem z tych, którzy kochają Boże Narodzenie i całą świąteczną otoczkę. Było po prostu inaczej. I kawałek tej inności chciałabym zapamiętać na przyszłość.

Przed nami Sylwester. Odkąd pamiętam zawsze chciałam się wtedy świetnie bawić, co przeważnie kończyło się klapą. Ludzie nie dopisywali, zmieniali plany, samochód psuł się w drodze w góry. W tym roku jeszcze nie wiem, co będziemy robić. I bardzo się z tego cieszę!


0 komentarze: