Strach przed skokiem

poniedziałek, grudnia 31, 2018 Magda 1 Comments


Uważaj na swoje marzenia, bo mogą się spełnić – ostrzega przysłowie. A ja przecież ciągle rzucam losowi wyzwania, wypowiadając coraz to nowe pragnienia. Niedawno los odpowiedział, podając mi na tacy to, czego  chciałam. A ja wpadłam w panikę.

Też tak macie, że stając na platformie widokowej ogarniacie wzrokiem spektakularny krajobraz i myślicie: „Ach, gdyby tak umieć latać, zrobić krok do przodu i puścić się swobodnie w dół! Poszybować jak ptak, z gwarancją miękkiego lądowania. Cieszyć się widokiem i czuć wiatr we włosach. Wolność! Szkoda, że to niemożliwe…”
Ale gdyby ktoś w tej samej chwili postukał was w plecy i wyciągnął spadochron, namawiając na wspólny skok, mina szybko by wam zrzedła. Najpierw usłyszelibyście własny nerwowy śmiech, a potem coraz gwałtowniejsze wymówki, dlaczego nie możecie skoczyć. Prawdopodobnie powiedzielibyście: pas. Człowiek ze spadochronem wzruszyłby ramionami i odszedł (albo odleciał), a wy zostalibyście przy barierce, zupełnie zbici z pantałyku. Tłumaczylibyście innym i sobie, że propozycja była niedorzeczna, niebezpieczna i w dodatku od obcego faceta. Odmawiając skoku, wykazaliście się przecież zdrowym rozsądkiem. Mimo to narastałoby w was niezrozumiałe poczucie obudzenia się z ręką w nocniku.

Co tu się właściwie stało? Ten gorzki posmak, to dziwne zażenowanie samym sobą, to efekt przepuszczonej okazji. Powszechnie wiadomo, że te niewykorzystane się mszczą. Naszego bohatera z platformy widokowej właśnie uderzyła obuchem w łeb. Następnego dnia pewnie przybiegnie w to samo miejsce, rozglądając się nerwowo za człowiekiem ze spadochronem, ale będzie już za późno. Ostatnio przydarzyło mi się coś podobnego. Chwilę po tym, jak ukazała się moja książka "Rzuć to i jedź" o Polkach, które wyprowadziły się na drugi koniec świata, los podsunął mi propozycję przeprowadzki na inny kontynent. Bardzo konkretną i bardzo interesującą. Propozycję, której nikt przy zdrowych zmysłach nie odrzuca. A ja… wpadłam w totalny popłoch.

A przecież ostatnio, znudzona codziennym kołowrotem, kręciłam nosem na monotonię. Czy nie marzyłam o tym, żeby przez jakiś czas pożyć inaczej i nie musieć czekać z tym do starości? Czy nie skarżyłam się, że chciałabym uważniej zwiedzić jakiś fajny kraj niż tylko w przelocie, podczas dwutygodniowych wakacji? Czy nie szukałam zawodowej odmiany po dziesięciu latach za korporacyjnym biurkiem? Wypowiedziane głośno życzenia zmaterializowały się, kiedy najmniej się tego spodziewałam. Czułam się tak, jakby kelner w białych rękawiczkach uniósł przede mną srebrny klosz, odsłaniając wykwintne danie. A ja nie miałam pojęcia, jak się za nie zabrać.

W mojej głowie natychmiast zaczęły pączkować obawy, które szybko przekuwałam w argumenty na "nie". Bo może to nie jest najlepszy moment, bo lubię moje mieszkanie, bo pakowanie jest takie uciążliwe, bo bliscy i znajomi… nagle w kuszącej ofercie dostrzegałam coraz więcej rys, a życie, które potencjalnie miałam zostawić, piękniało mi w oczach, choć jeszcze niedawno wydawało się szarawe. Nie widziałam już burych warszawskich ulic, tylko Łazienki w pełnym rozkwicie. Zupełnie, jakby ktoś chciał mnie wypuścić z klatki, a ja dostałabym lęku przestrzeni i kurczowo złapała się krat. Pytałam siebie: o co mi właściwie chodzi? Jak to możliwe, że taka dobra wiadomość zafundowała mi taki stres?

Ta histeryczna reakcja, ten emocjonalny mentlik i decyzyjne rozmemłanie popchnęły mnie do bardziej uniwersalnych rozważań o życiu. Postanowiłam pogrzebać trochę w przeszłości. I wyciągnęłam! Te same uczucia, choć nieco mniej nasilone, towarzyszyły mi już wiele razy wcześniej. W momencie wpinania nart na początku stoku. Albo u stóp wysokiej góry, na którą musiałam się wdrapać. Właściwie pojawiały się przed każdą podróżą, kiedy z wywieszonym językiem nadrabiałam służbowe obwiązki, a wieczorem zaczynałam pospieszne pakowanie. A już szczególnie, kiedy budzik nastawiony w środku nocy wyrywał mnie z ciepłego łóżka na poranny lot. „Za jakie grzechy?” – pytałam siebie, zanim oszołomiony mózg wygenerował ripostę: „Na własne życzenie”.

Drążyłam dalej. Sięgnęłam do przeszłości nie tylko własnej, ale narodowej. I znalazłam odpowiedź, a raczej usprawiedliwienie. Mój lęk przed wyruszaniem w drogę to nie histeria, tylko atawizm. Padłam ofiarą pamięci wcześniejszych pokoleń, którym wyjazd kojarzył się przede wszystkim źle. Poza nielicznymi szczęściarzami wśród bogatych szlachciców, wysyłanych na poszerzającą horyzonty wycieczkę po Europie, dla reszty rodaków konieczność opuszczenia domu oznaczała kłopoty: ucieczkę przed wojną, przymusowy wymarsz na front, zesłania, przesiedlenia, internowania. Te rodzinne historie wciąż żyją w opowieściach i albumach ze zdjęciami. Skutek? Naturalną reakcją na hasło „wyjazd”, jaką mam zapisaną w genach, nie jest dreszcz radości, tylko spływający po plecach pot.

Nie udawajcie, że nigdy wam się to nie zdarza. Wiem, trudno to przyznać w czasach, gdy supermodne jest namawianie do opuszczania strefy komfortu. Ostatnio stało się ono wręcz społecznym przymusem. Mała stabilizacja, życiowy cel wkładany nam do głów przez rodziców, dziś budzi tylko pogardliwe prychnięcie. „Statek jest bezpieczny w porcie, ale nie po to buduje się statki” – co i rusz słyszę cytat, który przepisuje się kilku różnym autorom. W porządku, ale co jeśli ja nie czuję się statkiem? Może bliżej mi do pociągu, który musi mieć oparcie w solidnej ramie szyn? Albo balonem, który żeby oderwać się od ziemi, potrzebuje ciepła – ciepła domowych pieleszy? Na te pytania nie mam jeszcze odpowiedzi. Podobnie jak na pytanie, czy przyjmę tamtą propozycję, czy pozwolę jej odejść. Daję sobie prawo, żeby tego nie wiedzieć. I może to jest prawdziwa wolność?

...

Ten tekst napisałam kilka miesięcy temu (ukazał się jako mój stały felieton "Podróżności" w miesięczniku "Poznaj Świat", który Wam bardzo polecam :)). Wiecie już, jak skończył się tamten dylemat - wyjechałam. Dziś każdy dzień tutaj, w Stanach, jest dla mnie nagrodą za odwagę tamtej decyzji i cały organizacyjny wysiłek. Jeszcze nie znam daleszego ciągu, nie jestem pewna, jak się to wszystko skończy, ale jedno wiem: było warto spróbować. Może ta historia pomoże Wam nabrać odwagi w spełnaniu własnych marzeń? Uważajcie, mogą czekać za rogiem. Powodzenia! Jestem już po drugiej stronie i wołam do Was: skaczcie!



1 komentarz:

  1. Witam. Odwaga to nie jest brak lęku, odwaga to działanie mimo lęku. Gratulacje ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń