Mołdawia - it's Wine O'Clock!

poniedziałek, października 30, 2017 Magda 0 Comments


Nigdy tam wcześniej nie byłam, choć podróżuję sporo. Mołdawia to jedna z nielicznych białych plam na mapie Europy.
Raczej nie usłyszysz o niej od znajomych, ani nie poczytasz na okładkach magazynów podróżniczych. Właśnie tak lubię najbardziej. Choć piszę artykuły o podróżach i podróżom poświęciłam mój blog, w pewnym sensie jestem hipokrytką: zapoznawanie się ze szczegółowymi relacjami z jakiegoś miejsca zabiera mi połowę przyjemności z odkrywania go samodzielnie. Cóż, widać w poprzednim wcieleniu byłam geograficzną pionierką.

Jadąc do Mołdawii naprawdę nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Nie miałam więc żadnych oczekiwań i uważam, że tak jest najlepiej. Po chichu przyznam się wam, że już kilka lat temu zarzuciłam zwyczaj obkupowania się w przewodniki i ściągania materiałów z internetu na etapie planowania podróży. Zauważyłam, że taka procedura napełniała mnie przede wszystkim frustracją - na siłę starałam się wepchnąć wszystkie atrakcje do planu wyjazdu, który rozpisywałam dzień po dniu, skazując się na gonitwę bez chwili wytchnienia. Godzinę po przylocie już pędziłam na dworzec, żeby zdążyć kupić bilety na poranny pociąg następnego dnia. I tak dalej. Wracałam zmęczona, z poczuciem, że nie zobaczyłam wszystkiego i na pewno coś mnie ominęło. I omijało: prawdziwa przyjemność podróżowania i szansa na uważne obserwowanie świata.



Zatem do Mołdawii pojechałam z nastawieniem, że dam się zaskoczyć. Wiedziałam tylko, że jadę na narodowe święto wina, a to była bardzo dobra wróżba. W mojej dzielnicy był kiedyś maleńki sklepik z mołdawskimi winami. Jego właścicielka na pytanie jednego z klientów, czy ma jakieś inne wina poza czerwonymi półsłodkimi, odpowiedziała, że Polacy najbardziej lubią właśnie takie, więc nie sprowadza innych, bo jej nie schodzą. Wyjazd do Mołdawii uświadomił mi, jaki to błąd.


  To właśnie świetne, wysokiej jakości wino w bardzo przystępnych cenach uważam za jeden ze skarbów tego kraju i szansę, żeby wyrwał się z pozycji jednego z najbiedniejszych państw w Europie. Jedźcie do Mołdawii zanim to się stanie, bo ten klimat, te miejsca i te ceny nie będą trwać wiecznie :)

 
Ten mały kraj między Rumunią a Ukrainą, leżący blisko Morza Czarnego, warto odwiedzić nie tylko po drodze do typowo wakacyjnych miejsc, jak choćby Bułgaria. Bezpośredni lot z Warszawy do Kiszyniowa trwa tylko 1,5 godziny, w sam raz, żeby zrobić sobie kilkudniowy objazd po mołdawskich winnicach. A tych przybywa w oczach, bo państwo pobudza przedsiębiorczość obywateli i mocno złagodziła przepisy związane z produkcją wina (w Mołdawii wino oficjalnie nie jest alkoholem, tylko produktem spożywczym). Zaskoczy was wybór mołdawskich win i ich jakość. A potem będziecie bardzo zawiedzeni, że można przewieźć do Polski tylko 2 litry wina na głowę.


Ale, jak dowiaduję się w winnicy Purcari, najstarszej w Mołdawii (1827 r.) i liczącej bagatela 255 ha, wino to żywy organizm, który słabo znosi transport. Najlepiej smakuje w swojej ojczyźnie. Tym bardziej, że na smak wina udowodniony wpływ ma towarzyszący mu posiłek, a kuchnia w Mołdawii jest świetna. Wszechobecna jak w Polsce pierogi jest tam placzynta - placek zapiekany ze wszystkim, co przyjdzie nam na myśl: serem, ziemniakami, kapustą, mięsem, owocami. Zwinięty w rulon lub pokrojony w kostkę - spotyka się go wszędzie i pod dowolnymi postaciami. Poza tym na mołdawskich stołach znajdziemy wszelkiej maści kiszonki - po raz pierwszy próbowałam tam kiszonego arbuza. Smakował dużo lepiej niż wyglądał. A lepiej niż brzmi smakuje mamałyga - żółta kaszka kukurydziana.


Historia mołdawskiego wina jest ściśle związana z Rosją, a potem związkiem radzieckim.  Czasy ZSRR to czasy masowej produkcji, która nie zawsze szła w parze z jakością. W tym okresie niemal wyginęły niektóre szlachetne odmiany winorośli: fetească neagră, fetească albă, rara neagră, viorica. Dziś to właśnie ich warto spróbować w Mołdawii. Zaskoczyły mnie też tamtejsze wina musujące, które od francuskich szampanów różnią się tylko nazwą, bo proces produkcji jest dokładnie taki sam. Jakość jest porównywalna, nieporównywalnie niższe są za to ceny. Już za 2-3 euro można kupić naprawdę sensowny trunek. Najlepsze są te z winnicy Criocova, która szczyci się najdłuższą na świecie siecią podziemnych korytarzy służących do przechowywania wina. W starej kopalni wapienia, w której mieści się winnica, 120 km ze 180 km to magazyny na beczki i butelki. Trzeba je przemierzać samochodem!



Przegląd mołdawskich win miałam podczas Zilei Nationale a Vinului Moldovei - narodowego święta wina, które odbywa się w październiku w stołecznym Kiszyniowie. Za równowartość 10 euro otrzymuje się bilet wstępu z zawieszonym na sznurku kieliszkiem i kuponami na kilkadziesiąt degustacji. Na szczęście można je wykorzystać w ciągu dwóch dni. Wybór, które wina przywieźć do Polski, był bardzo trudny. W mojej walizce znalazł się różowy szampan (nie przejmuję się oficjalną nomenklaturą) oraz Crisecco, czyli prosecco z winnicy Cricova. A także kilka innych, nieoficjalnie przewiezionych butelek. Jestem już gotowa na jesienne wieczory!








0 komentarze: