Marzenia na macierzyńskim

poniedziałek, kwietnia 03, 2017 Magda 2 Comments


Czyli dlaczego nie przypominam utrudzonej i sfrustrowanej matki z feministycznych powieści, a na urlopie macierzyńskim spełniam jedno marzenie za drugim.


Sporo osób nadal próbuje mnie przekonywać, że te 12 miesięcy najlepiej spędzić z dzieckiem w domu. Nie widzę w tym złych intencji. Wiem, że to dobre rady wynikające z troski o nasze bezpieczeństwo i odpoczynek, którego pewnie będzie mi brakować, kiedy wrócę do pracy. Dla mnie jednak rok macierzyńskiego od zawsze wydawał się wspaniałym okresem nie tylko ze względu na pojawienie się na świecie małego człowieka, ale na czas, którego ma się wtedy więcej niż przez większość dorosłego życia.
Choć marzę o tym, by było inaczej, liczę się z tym, że aż do późnego wieku będę musiała pracować. Mimo że lubię swoją pracę i uważam, że mam w życiu szczęście do zajmowania się fajnymi rzeczami, to rachunek jest bezlitosny: praca, dojazdy do niej i myślenie o niej zjadają ogromny kawał życia. Pochłaniają morze czasu, którego nikt nam nie zwróci. Czasu, kiedy jesteśmy jeszcze młodzi, w dobrym zdrowiu i formie, gotowi docierać do odległych miejsc i znosić różne niewygody. Na tym etapie życia można robić mnóstwo świetnych rzeczy: podróżować, uprawiać sporty, rozwijać swoje talenty i zainteresowania. Problem w tym, że po rozpoczęciu pełnowymiarowej pracy nie zostaje nam na to wiele czasu i energii. Tak jest ten świat urządzony, że nie można mieć wszystkiego. Albo mamy czas, jak studenci i emeryci, albo pieniądze, jak zapracowani dorośli.
 

Zaobserwowałam to dosyć wcześnie, dlatego myśląc o założeniu rodziny starałam się pewne rzeczy zaplanować (choć wiem, że nie wszystko się da). To planowanie polegało na tym, żeby zrobić możliwie dużo we właściwym czasie.
Zawsze chciałam mieć dziecko, ale byłam świadoma konsekwencji takiej decyzji. Nie łudziłam się, że nic się w moim życiu nie zmieni. Prawdę mówiąc byłam przygotowana na prawdziwą rewolucję: brak wolnego czasu, chroniczne zmęczenie, koniec z podróżami na ładnych parę lat. Liczyłam się z najgorszym, bo wolałam przeżyć miłą niespodziankę niż gorzko się rozczarować. Z tego powodu starałam się spełnić wiele moich marzeń przed zajściem w ciążę.

Zanim urodziłam córkę, zobaczyłam spory kawałek świata, skończyłam studia, doszłam do fajnego etapu rozwoju zawodowego dzięki pracy w kilku ciekawych miejscach, napisałam i wydałam dwie książki, zostałam dziennikarką piszącą o podróżach, założyłam tego bloga, wystąpiłam kilka razy w radiu i telewizji. Jest tego sporo więcej i bardzo się z tego cieszę. To była dobra strategia, bo dzięki niej byłam gotowa na przyjście na świat mojego dziecka i z radością na nie czekałam, nie bojąc się, że coś mnie ominie.


Teraz mogę w stu procentach skoncentrować się na Kalince i być cała dla niej. Postanowiłam przeżyć rok urlopu macierzyńskiego najlepiej i najpełniej, jak to możliwe. Ale skoro tak się złożyło, że mam zdrowe, fajne, spokojne dziecko, możemy robić razem mnóstwo świetnych rzeczy! Rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu - i pewnie nie będę go miała później.

Przeżywamy każdy dzień jak sobotę: bez pośpiechu, bez grafiku spraw do załatwienia, bez napięcia powodowanego myślą: jutro do pracy. Ale jakoś nie umiem podporządkować się tym wszystkim poradom: "odsypiaj, kiedy możesz", "poleż", "obejrzyj jakiś serial". Nie każdy musi spędzać macierzyński aktywnie. Ale mnie jest po prostu szkoda go nie wykorzystać!

Kilometrami spacerujemy, przemierzając parki, odkrywając nowe kawiarnie, uważniej przyglądając się miejscom, które kiedyś nieuważnie mijałam pędząc do różnych spraw. Zawsze chciałam móc niespiesznie chodzić po mieście w środku dnia. Jak słusznie zauważył mój brat, takie przechadzki smakują najlepiej, gdy wszyscy inni są w pracy :)


W środku dnia chodzimy także do kina (na specjalne pokazy dla mam z niemowlakami). Śledzę aktualne premiery co tydzień, a nie raz na parę miesięcy!
Spotykamy się z dawno niewidzianymi znajomymi. Pokazanie potomstwa to świetny powód, żeby spotkać się nawet po kilkunastu latach.


Odwiedzamy moich rodziców w moim rodzinnym Tomaszowie na dłużej niż tylko weekend. Zatrzymujemy się na kilka tygodni w ich domu na wsi, żyjąc w innym tempie, spędzając czas razem, jedząc domowe posiłki mamy, za którymi tak tęsknię. Zawsze żałowałam, że choć dzieli nas głupie 100 kilometrów, od mojej przeprowadzki do Warszawy życia moje i moich rodziców toczą się równolegle. Nie ma szans spotkać się na rodzinny obiad czy wspólne obgadanie różnych spraw. Oni starzeją się sami, ja sama dorastam. Ale teraz na chwilę jesteśmy znów razem. Jakby wróciło dzieciństwo. I to w sposób podwójny, bo moi rodzice mają teraz u siebie i córkę, i wnuczkę.


Podróżujemy. Odkąd Kalinka skończyła trzy miesiące, była na wycieczkach w Łodzi, Helu, w Trójmieście, w Kazimierzu, na Fuerteventurze, w Zakopanem i na kilku weekendach w spa (uwielbia jacuzzi!), a w tym miesiącu jedziemy z nią do Niemiec, Francji i Szwajcarii. Odwiedzimy rodzinę i znajomych, do których wcześniej nie mieliśmy szans dotrzeć ze względu na krótkie urlopy. Jedziemy na przekór wszystkim, którzy w wyjazdach z dzieckiem nie widzą ani sensu, ani przyjemności. Sama miałam wątpliwości, ale cudownie rozwiał je przewodnik autorstwa Ani i Krzyśka Kobusów "Podróżuj z dzieckiem". Autorzy obalają mity związane z podróżowaniem z maluchami. Na przykład, że to męczące, a dziecko i tak nic nie zapamięta. Przecież rodzice małego dziecka są zmęczeni właściwie przez cały czas, także w domu, więc równie dobrze mogą być zmęczeni w jakimś fajnym miejscu. A jeśli chodzi o pamięć dziecka, to czy żyjemy tylko po to, żeby pamiętać? Najcenniejsze jest cieszenie się chwilą, tym, co tu i teraz. Szczęśliwe dzieciństwo składa się z radosnych dni spędzonych z zadowolonymi rodzicami.


Poza tym, co robię razem z dzieckiem, mam sporo przestrzeni na rozwijanie własnych zainteresowań. Kiedy Kalinka śpi, ja mam czas na "rozrywki intelektualne". Piszę więcej niż kiedykolwiek, a ostatnio miałam okazję poprowadzić kilka zajęć o pisaniu i poszukiwaniu własnej pasji dla licealistów. Stresowałam się bardziej niż przed występem w telewizji czy prezentacją dla centrali firmy, ale energia płynąca z tych spotkań była niesamowita!


Zrobiłam też kilka rzeczy, do których wcześniej nie miałam głowy albo odwagi. Na przykład przemalowałam kuchnię, na co miałam ochotę od kiedy kupiliśmy nasze aktualne mieszkanie. Za każdym razem, kiedy tam wchodziłam, drażniły mnie marchewkowe, babciowate meble. To już przeszłość:


Pewnie, nie zawsze jest tylko różowo. Bywa, że dzień sam na sam z dzieckiem da w kość. Czasem maluch nie śpi zgodnie z planem albo jest marudny. Wspólna podróż pociągiem albo samolotem to nie jak dawniej czas na czytanie książki, podziwianie widoków i picie kawy, tylko balansowanie z uparcie raczkującym bobasem i tysiącem tobołków. Czasem puszczą nerwy na innych członków rodziny. Ale to nie oznacza, że się nie da. Często kiedy słucham młodych mam odnoszę wrażenie, że za szybko się poddają, za łatwo usprawiedliwiają. Ostatnio wędrując z Kaliną po Dolinie Chochołowskiej (11 km w jedną stronę!) spotkałam rodzinę z dwójką kilkulatków. Ich mama miała na sobie koszulkę: "Bez wymówek, że mam małe dzieci". :)


Przede mną jeszcze kilka ostatnich miesięcy wolności. Z przerażeniem patrzę, jak szybko ten czas się kurczy. Właśnie powitałyśmy cudowną wiosnę w ukwieconych krokusami Tatrach. Chciałabym niedługo wyjechać w jakieś ciepłe miejsce i zamieszkać tam na trochę dłużej, nie pędząc po atrakcjach turystycznych jak w trakcie ograniczonego urlopu.

Tyle jeszcze wspaniałości przed nami. Od której zacząć?





2 komentarze:

  1. Świetny, motywujący wpis! :) Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Choć mistrzynią motywacji jesteś Ty!

      Usuń