Ratunku, mieszkam w raju! - wywiad

sobota, października 15, 2016 Magda 0 Comments



Edyta mieszkała w malowniczym Krakowie, ale tęskniła za czymś innym. Za wiatrem, słońcem i przestrzenią. Dlatego zmieniła adres. Na Wysypy Kanaryjskie!


W jaki sposób znalazłaś się na Wyspach Kanaryjskich i czym się tam zajmujesz?

Edyta Tkacz: Zawsze planowałam mieszkać w Polsce, bo uważam, że to świetny kraj. Ale po studiach i kilku latach pracy w moim ukochanym Krakowie nagle zrobiło mi się ciasno, po głowie zaczęła mi krążyć myśl, żeby dokądś wyjechać. Decyzję podjęło za mnie życie, bo dowiedziałam się, że zostanę zwolniona. Przyjęłam tę sytuację z pewną ulgą, bo sama nie odważyłabym się odejść z pracy. Zaczęłam szukać miejsca, dokąd mogłabym wyjechać na dłużej. Znajoma namawiała mnie na Egipt, ale nie odpowiadały mi tamtejsze warunki pracy. Wybrałam Lanzarote. Mieszkała tam moja przyjaciółka, a ja znałam wyspę, bo byłam tam wcześniej na wakacjach.  Później przeniosłam  się na Fuerteventurę, a od roku mieszkam na Gran Canarii. Podczas mojego pobytu na Wyspach Kanaryjskich miałam różne zajęcia: pracowałam w hotelach, w firmie produkującej kosmetyki z aloesu, byłam przewodnikiem wycieczek.

Widok na wysepkę La Graciosa, fot. Tomasz Sierant
    
Czy miejsce, w którym teraz mieszkasz, przypomina kanaryjską pocztówkę?

     Gran Canaria zwana jest kontynentem w miniaturze, bo na obszarze niespełna tysiąca sześciuset kilometrów kwadratowych można znaleźć niezwykle różnorodne krajobrazy. Południe wyspy jest gorące, suche i skaliste, z palmami i kaktusami. W centrum piętrzą się góry, rosną wysokie sosny, a podczas zimy może nawet spaść śnieg. Z kolei północ wyspy jest zielona, nie brakuje tu lasów, zielonych wąwozów i bujnej roślinności. Na Gran Canarii jest wiele wspaniałych plaż: kamienistych i piaszczystych, z białym lub czarnym piaskiem. Do tego wszystkiego dochodzą różnice klimatyczne: gdy na południu króluje nieustający upał, na północy może być mgliście, chłodno, a nawet deszczowo.
    Mieszkam na samym południu wyspy, w miejscowości Playa del Inglés, otoczonej z jednej strony przez góry, a z drugiej przez ocean, czyli wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Mam jakieś dwie minuty spacerkiem na plażę, przy której zaczynają się wydmy przypominające pustynię. To jedna z ważniejszych atrakcji wyspy. Playa del Inglés to urokliwa i przepięknie położna miejscowość, choć jest nastawiona na turystów. Nie przeszkadza mi to - jestem zakochana Gran Canarii i w całym archipelagu.

Wulkaniczny pejzaż Lanzarote, fot. Tomasz Sierant


 Twój blog nazwałaś „Ratunku, mieszkam w raju” (ratunkumieszkamwraju.pl). Codzienność na wyspach jest tak sielankowa?

    Blog nazwałam z przymrużeniem oka, nawiązując do naszych wyobrażeń o ciepłych krajach, kiedy siedzimy w Polsce, w dusznym i ciasnym biurze, gdy za oknem szara, bura jesień, szef wiecznie niezadowolony, pensja niska, a wszyscy wokoło są w złym humorze. Ludzie z mojego pokolenia, czyli obecni dwudziesto, trzydziestolatkowie, często są sfrustrowani. Mimo studiów, pracowitości i ambicji muszą iść na kompromis w postaci nudnej pracy za małe pieniądze, często na śmieciowej umowie. Kawałek plaży, słońce i uśmiechnięci ludzie wydają się wtedy rajem, ma się ochotę spakować i zniknąć czym prędzej.
    Przed przyjazdem na Wyspy Kanaryjskie byłam na wakacjach w Maroku. Jeździliśmy jeepem po pustyni i wrażenia były niesamowite: słońce, przestrzeń, wolność! A później musiałam wrócić do pracy, gdzie tkwiłam przed komputerem o wiele dłużej niż osiem godzin dziennie. Marokańska pustynia i zaznane na niej uczucie wolności długo nie dawały mi spokoju. Swoje zrobiło też dzieciństwo spędzone w czasach komunizmu, które sprawiło, że ciepłe kraje wydają się spełnieniem nierealnych marzeń.
    Ale gdy już to marzenie spełniłam i przeprowadziłam się na Lanzarote, ogarnął mnie strach. Usiadłam na plaży i pomyślałam: „Wszystko pięknie, fajnie, palmy, słońce, no raj, ale ja przecież nie mam żadnej instrukcji obsługi tego raju. Nie wiem co robić, ratunku!”.

W miasteczku Haria na Lanzarote, fot. Tomasz Sierant

Jacy są Kanaryjczycy? Czym wyspiarze różnią się od Hiszpanów z kontynentu?

    Trudno generalizować, ale powiedziałabym, że Kanaryjczycy są o wiele spokojniejsi od całej reszty Europy. Rękami i nogami bronią się przed stresem. Nie spieszą się, na wszystko mają czas. „Czym tu się denerwować, jak się nie da, to się nie da” – tłumaczył mi kolega z pracy na Lanzarote. Kanaryjską filozofię życiową najlepiej oddaje powiedzenie: nie rozpędzaj się i nie biegnij za szybko, bo wpadniesz do oceanu.
    Kanaryjczycy są na Hiszpanię trochę obrażeni, bo mają poczucie niedocenienia. Hiszpanie z kontynentu uważają cały archipelag za prowincję, ładną i sielską, ale jednak prowincję. Wielu Kanaryjczyków marzy o niepodległych Wyspach Kanaryjskich, lecz to nierealne.

Jeden z kilkudziesięciu rodzajów piasku na Lanzarote, fot. Tomasz Sierant
 Na Wyspach osiedla się sporo uciekinierów z Europy, którzy chcą spędzić jesień życia w słońcu. Co trzeba zrobić, żeby móc spędzać emeryturę tak jak oni?

    Na wyspach osiedlają się ludzie w każdym wieku, sporo emerytów, ale i wielu młodych.
    Czy trzeba być bogatym, by tu mieszkać? Na przeżycie miesiąca - opłacenie mieszkania, jedzenia, utrzymania samochodu i rozrywek - potrzeba około tysiąca euro, czyli ponad cztery tysiące złotych. Jak na polskie warunki to sporo, ale dla mieszkańców Danii czy Norwegii – niewiele.

Uprawa winorośli na Lanzarote, fot. Tomasz Sierant
 Co doradziłabyś komuś, kto po wakacyjnym wyjeździe czuje niedosyt i chciałby gdzieś zamieszkać na stałe, ale boi się rzucić wszystko?

    Żeby przestał się zastanawiać i to zrobił. I żeby swojego strachu nie nazywał rozsądkiem. To naturalne, że czujemy lęk przeprowadzając się do innego kraju. Trzeba zaakceptować to, że na początku będzie trudno. Zaczynając nowe życie na obcej ziemi, nie można uciec do domu i okryć się kocykiem, bo mieszka się kątem u znajomych, a kocyka nie zdążyło się jeszcze kupić. I przez jakiś czas jeszcze się go nie kupi, bo najpierw trzeba nauczyć się zarabiać na swoje utrzymanie.

Czy na Wyspach Kanaryjskich łatwo o pracę dla przyjezdnych? Czy można po prostu przyjechać i "coś się znajdzie"?

    Coś się znajdzie, ale trzeba znać języki, choćby na poziomie podstawowym. Obowiązkowo angielski i hiszpański. Bardzo ważny jest niemiecki, bo na wyspy przyjeżdża sporo niemieckich turystów. Jest szansa, że znajdziemy pracę, jeśli znamy tylko angielski (na przykład w brytyjskiej firmie pracującej tylko dla Brytyjczyków), ale tu już potrzeba dużo szczęścia.

Najpiękniejszy przystanek świata - Cofete na Fuerteventurze

Na Wyspach mieszkają przyjezdni różnych narodowości. Czy to wpływa na lokalną społeczność?

    Mam wrażenie, że pod wpływem spotkania kultur bardziej zmieniają się przyjezdni niż tubylcy. Europejczycy pozbywają się tu stresu i nabierają dystansu. Do tego, że koniecznie trzeba zrobić karierę, kupować mnóstwo rzeczy i być bardzo zajętym, bo tylko wtedy życie ma sens.

Jesteś autorką przewodnika turystycznego. Które miejsca na wyspach szczególnie polecasz?

    Na to pytanie mogłabym odpowiadać w nieskończoność. Ale gdybym miała wymienić najważniejsze atrakcje, które koniecznie trzeba zobaczyć,  wybrałabym park narodowy Timanfaya na Lanzarote, wydmy i plaże na Fuerteventurze, góry Gran Canarii, szczyt El Teide na Teneryfie i las laurowy na La Gomerze.


Trekking w górach na Gran Canarii

Czy własną jesień życia spędzisz na Kanarach?

    Mam dystans do planów i postanowień. Zgodnie z tym co założyłam sobie dziesięć lat temu, powinnam teraz mieszkać w Warszawie i robić dziennikarską karierę, pracując jako redaktor jakiegoś poważnego tygodnika. Inny przykład: gdy trzy lata temu wpadłam na weekend na Fuerteventurę, pomyślałam: ładnie tu, ale na pewno bym tu nie zamieszkała. Nigdy! To było w niedzielę, a w poniedziałek szef mi zaproponował bym się tam przeniosła. I od razu się zgodziłam!
Moja koleżanka śmieje się i zawsze mi wypomina, że miałam być nauczycielką w Bieszczadach i mieszkać w małym drewnianym domku. No i nic mi z tych Bieszczad nie wyszło. Dziś myślę, że na emeryturze fajnie byłoby spędzać pół roku w Beskidach (bez gór i polskich kiszonych ogórków nie da się przecież żyć), a drugie pół na wyspach, żeby nacieszyć się słońcem i oceanem.
    Podsumowując: nie wiem jeszcze, gdzie spędzę jesień życia. Ale wiem, jak ją spędzę. Przyjemnie.

Zachód słońca na Gran Canarii
 Zdjęcia pochodzą z archiwum Edyty Tkacz oraz Tomasza Sieranta.

0 komentarze: