Podróżny detoks

poniedziałek, października 03, 2016 Magda 0 Comments

 

Czyli krótka historia o tym, dlaczego przestałam podróżować.

W tym roku rekordowa liczba Polaków spędziła urlop wyjeżdżając dokądś w Polsce. Socjolodzy dopatrują się różnych po temu powodów: lęk przed terroryzmem, efekt 500 +, jakby modniejszy ostatnio patriotyzm lokalny. W moim przypadku analiz nie trzeba - zostałam mamą.

Minęły już trzy miesiące i mogę powiedzieć, że odnalazłam się w nowej roli. Byłam jej bardzo ciekawa i zastanawiałam się, jak ja sama się zmienię. Czy moje życie wywróci się do góry nogami? Czy rzucę wszystko, na czym mi zależało? Czy stanę się innym człowiekiem? Z ulgą obserwuję, że żadna z tych rzeczy nie nastąpiła. Ale tak, coś się zmieniło.

Prowadzę blog o podróżowaniu, dlatego skupię się na tym aspekcie. Tego lata po raz pierwszy odkąd sięgam pamięcią nie wyjechałam na wakacje. Przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia: nie na wycieczkę, na którą pakuje się walizkę lub plecak pełen urlopowych akcesoriów, nie na dłużej niż kilka dni, nigdzie dalej. A jednak nie ruszając się z miejsca odkrywam nowe światy. A raczej ten sam świat na nowo.

Dwa letnie miesiące spędziłam w rodzinnej miejscowości. Niedawno wróciłam do Warszawy. O każdym z tych miejsc w ciągu ostatnich tygodni dowiaduję się więcej niż kiedykolwiek.

Robię to, co zawsze chciałam: oglądam świat poza godzinami pracy. Ze zdumieniem stwierdzam, że w najlepsze toczy się wtedy życie. Po prostu kiedy siedziałam w biurze, było dla mnie niewidzialne.
Biorę wózek lub nosidełko i przemierzam ulice o różnych porach. Mam czas, by zdążyć do narożnych sprzedawców owoców i warzyw i zauważyć, jak truskawki i czereśnie zastępują jagody, a potem późne maliny. Śledzę światło przenikające drzewa w parkach. Studiuję kolory i pogłębiające się zmarszczki liści. Nałogowo odwiedzam ciastkarnie i kawiarnie, gdzie nadchodzącą jesień widać po nagłym zwrocie w kierunku szarlotek i tart z gruszkami. Przy okazji odkryłam niedawno najlepszą kawę w mieście. Można ją wypić z niepozornego tekturowego kubka w maleńkiej, pozbawionej stolików cukierence Piąta Gwiazdka, mieszczącej się na parterze jednego z domów jednorodzinnych na Gocławku. Przed cukiernią stoi ławeczka, skąd można podziwiać życie spokojnej uliczki. Niemal jak na paryskim bulwarze.


W rodzinnym Tomaszowie podążam tropem Tuwima, który spędzał tu letnie dni. Mistrz słowa wsiadał na statek w miejscowej przystani, kąpał się w Pilicy, plażował w sielskim Inowłodzu. I zakochał się w tomaszowskiej dziewczynie, którą poślubił. Pamiątek tych czasów szukam w jego wierszach (kiedy ostatnio miałam czas na kontemplowanie widoków z tomikiem poezji?!)

Obserwuję zmiany. Te na lepsze: senny Tomaszów odżywa, martwy plac w centrum tętni życiem kawiarenek, kolorowych fontann i kina na leżakach. I te na gorsze, na przykład na warszawskim Powiślu. Zniknęły stąd dwie świetne księgarnio-kawiarnie: Tarabuk, w którym na studiach przesiedziałam wiele przerw między zajęciami i przytulny Czuły Barbarzyńca (ach, to gorące mleko z cynamonem!), dziś ziejący pustą witryną.

Patrzę. Nie gonię, nie mnożę zdjęć. Każdy detoks, także ten podróżny, oczyszcza z przesytu i wyostrza zmysły. Bo czasami krok wstecz bywa jedynym możliwym krokiem naprzód.

A wrócić muszę, muszę,
Bo kłamałem, że ojczyzną jest świat!
Ojczyzną jest to smutne podwórze,
Na którym nie byłem tyle lat!

Julian Tuwim

0 komentarze: