Zuppa Toscana

środa, lutego 17, 2016 Magda 2 Comments


 Zimą oglądanie zdjęć z letniego lub wczesnojesiennego wyjazdu jest jak otwarcie puszki z promieniami słońca.

Dlatego choć obiecałam sobie pisać na tym blogu o moich bieżących podróżach, wybaczam sobie, że czasem mi się to nie udaje. Kiedy wyjeżdżam, staram się chłonąć miejsce, w którym się znajduję i nie zaglądać do komputera. Tempo życia (i kolejnych wypadów) sprawia, że coraz rzadziej przeglądam zdjęcia i porządkuję zapiski od razu po zakończonym wyjeździe. Częściej zdążę odbyć kilka nowych, zanim uda mi się wrócić myślą do poprzednich. Ale ma to swoje dobre strony. Kiedy upłynie kilka miesięcy i wspomnienia zdążą nieco odleżeć, nabierają smaku jak aromatyczna nalewka.  Tak jest w przypadku październikowego długiego weekendu, który spędziłam w Toskanii.



Czwartek  – Piza

Do Pizy przylecieliśmy Ryanairem w środę wieczorem. Wyjazd był prezentem z okazji 40. rocznicy ślubu moich rodziców. Plan: zwiedzanie w swobodnym tempie, z czasem na relaks i przyjemności, szczególnie te kulinarne. Założenia: dolce far niente i posmakowanie Toskanii.
Mój brat znalazł na Airbnb bardzo klimatyczne mieszkanie na poddaszu jednej ze średniowiecznych kamienic w starej części miasta. Rekompensatą za braku windy i konieczność pokonania czterech kondygnacji stromych schodów był widok na Krzywą Wieżę, a także stylowy wystrój w środku: na parapetach doniczki z ziołami, na podłogach terakota, ceglane ściany, meble w ciepłych kolorach, wokół książki i obrazy. Z okien roztaczał się niesamowity widok na dachy Pizy.

Fot. airbnb.pl




Na maleńkim placyku pod naszymi oknami rano rozkładał się warzywno-owocowy targ, na którym zaopatrywaliśmy się przed śniadaniem. Świeże pieczywo, włoskie sery i czerwone pomidory są w stanie wyrwać z łóżka największego śpiocha. A jadalne kasztany, misterne karczochy i wspaniałe leśne grzyby każą myśleć o obiedzie. Przed wieczorem stragany i markizy zwijano, a nasz placyk zmieniał się w enklawę nocnego życia. Echa rozmów i śmiechów z otwartych barów niosły się pod niebo aż do rana.


Piza to jedno z miejsc, które w pewien sposób przytłacza swoją wspaniałą historią i liczbą zabytków. Dlatego najlepiej cieszyć się jej urokiem podczas beztroskiego spaceru na tzw. azymut - w tym przypadku Krzywą Wieżę. Tu bez wyrzutów sumienia można wyrzucić przewodnik i krążyć bez celu – i tak na każdym kroku czekają nas architektoniczne i historyczne wspaniałości. Mogłabym spróbować je w pocie czoła wymieniać, ale nie po to czytacie ten wpis. Wolę wspomnieć, że między spacerem wzdłuż rzeki Arno, pominikiem Garibaldiego i okolicami Wieży przystawaliśmy na filiżanki cappuccino, pieczone kasztany i miskę aromatycznej, zawiesistej zuppy Toscana, serwowanej na stoliku przykrytym obrusem w czerwono-białą kratę.


Dzień 2 – Florencja

Niewiele ponad 80 kilometrów i godzinę jazdy autostradą dzieli Pizę od Florencji, oficjalnie wygrywającej w sporze o miano stolicy Toskanii. Miasto najlepiej podziwiać z góry, z jednego z dwóch punktów widokowych na słynnej Duomo. U stóp leży wtedy szachownica wąskich ulic, zacienionych fasadami wysokich kamienic i morze czerwonych dachów, które trwają w stłumionym zgiełku skomponowanym z silników skuterów, kościelnych dzwonów i włoskich pokrzykiwań. Florencja robi wszystko, żeby zepchnąć turystę z wytyczonego szlaku. Labirynt jednokierunkowych ulic, rozkopy i ginące punkty orientacyjne współpracują ze sobą, by zapędzić nas w cudowne ślepe zaułki, gdzie na pokuszenie wodzą najwspanialsze lody pistacjowe. Jedyny sposób, by nie stracić orientacji, to nie wypuszczać z rąk nitki rzeki Arno.




Menu na dziś: la ribollita, toskańska zupa z fasoli. Jest jak upalny dzień na południu: gęsta, pikantna i rozgrzewająca.

Na wieczorny deser: Lucca, niewielka toskańska miejscowość, mniej popularna, za to pełna autentycznego uroku. Pisząc to lekko brzmiące zdanie uderza mnie, jak trudno zamknąć w kilku słowach przeciętne włoskie miasteczko. A wielowiekowa historia? A niezliczone zabytki? A menu niesamowitych knajpek? Lucca zasługuje na podsumowanie obszernością porównywalne z Krakowem. Sprawdźcie sami. A tymczasem po prostu się nią cieszcie.


Dzień 3 - Volterrana

Toskania, którą znamy z filmów i książek, jest wiejska. Kręte drogi wśród wzgórz, winnic i cyprysów, samotne wille w kolorze piasku, które przycupnęły ukryte w zagajnikach, kamienne średniowieczne mieścinki – oto pocztówka z Toskanii, którą można nadać z la Volterrany, jednej z najpiękniejszych dróg w regionie, łączącej Florencję z Volterrą i wybrzeżem. Jej trasa jest jak sznurek, na który nanizano toskańskie perełki: przydrożne kościółki i kapliczki, malownicze wioski i urokliwe gospodarstwa.. Jesień wydaje się szczególnie dobrą porą roku na jej przemierzanie: jej plusy to łagodna temperatura, złote światło i brak tłumów. Gdybym była w Toskanii tylko jeden dzień, spędziłabym go podążając Volterraną. Najlepiej w kabriolecie.

My zaczęliśmy od wybrzeża. W spokojnej nadmorskiej mieścince Vada zainaugurowaliśmy dzień filiżankami cappucino w cukierni La Golosa (Łakomczucha).



 Dalej: Volterra, San Gimignano i Siena, trzy średniowieczne miejscowości w kolorze piasku, które trzeba odwiedzić. Przycupnęły na wzgórzach, skąd mają doskonały widok na okolicę. Lubią niespodziewanie wyłonić się na horyzoncie lub zza zakrętu, kiedy beztrosko przemierza się prowincję. W środku czarują korytarzami kamiennych uliczek. Między domami, na których ścianach suszy się pranie i pną kwitnące pnącza, kryją się niespodzianki – prześwity z panoramicznymi widokami na okoliczne łąki i wzgórza.



Menu dnia: pieczeń w rozmarynie i tymianku oraz najprawdziwsze pomidorowe spaghetti z bazylią.

Dzień 4 – Corsagna

Przed odlotem do Polski zostało nam pół dnia z wypożyczonym samochodem do dyspozycji. Za krótko, żeby wypuścić się do miasteczek położonych dalej na południe, za długo, żeby nie robić nic. I jak to często bywa, najciekawszych odkryć dokonuje się przypadkiem. 40 kilometrów od Pizy, drogą pnącą się stromo w górę, leży senna wioska Corsagna. Jeśli komuś nie podoba się turystyczna powłoczka Sieny czy San Gimignano, tu nie uświadczy jej wcale. Prawdę powiedziawszy, mnie nie udało się znaleźć nawet kawiarni. Odkryłam za to samotną wieżę starego kościoła, wplecione w niemal górską roślinność palmy i kamienne domy przykryte omszałą dachówką, otwierające zielone okiennice na okoliczne doliny. Gdybym chciała spędzić tydzień w refleksyjnym odosobnieniu, wybrałabym Corsagnę.





Menu na pożegnanie: gnocchi z grzybami. Oto toskańska jesień na talerzu!

2 komentarze:

  1. Twoje porównania są niesamowite !!! Piękny opis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I piękny region, mam nadzieję, że uda mi się przyjechać tam na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń