Winobranie na Morawach

wtorek, października 06, 2015 Magda 3 Comments



 
 

W klasyfikacji alkoholowej świat dzieli się na trzy obszary: najbardziej na północ rozciąga się zimna kraina wódki, przez centrum Europy biegnie umiarkowany pas piwny, a na południu rozpoczyna się strefa wina, sięgająca krańców Argentyny i południowej Afryki. Morawy przysiadły gdzieś pośrodku.


Polskie wina, choć z roku na rok coraz lepsze, to wciąż bardziej eksperyment i ciekawostka niż trwale wypracowana renoma. Nasz klimat rzuca winiarzom kłody pod nogi. Walcząca z chłodem winorośl wydaje owoce o dużej kwasowości. A koszty jej utrzymania skutkują dość wysokimi cenami za butelkę. Dlatego Polacy, po części z oszczędności, po części z wrodzonego podziwu dla tego, co obce, wolą sięgać po wina z południa świata. W cenie win krajowych wolą wypić wino z Francji, Kalifornii, Australii lub Chile, a jeśli chcą wydać mniej, sięgną po marki gruzińskie, bułgarskie i mołdawskie. Nie wiedzą, że nie trzeba szukać tak daleko. Bo nie próbowali win z Moraw!


Ostatnie ciepłe dni to zarazem pierwsze dni winobrania. We wrześniu rozpoczynają się zbiory, a jak Czechy długie i szerokie, miasta organizują festiwale wina. Na pierwszy z nich trafiłam w Brnie, po drodze z Pragi do Polski, w przedsionku Moraw. Jadąc bez planu, postanowiliśmy się tu zatrzymać, żeby zasięgnąć języka, co warto zobaczyć. Przed zagubieniem się w meandrach małych miasteczek brneński festiwal był jak przegląd miejsc najbardziej wartych polecenia. Degustacje i rozmowy z właścicielami winnic pomogły nam wyznaczyć ramowy szlak weekendowego wypadu na Morawy.


Brno

O festiwalu dowiedzieliśmy się przypadkiem, szukając po zmroku miejsca, w którym moglibyśmy zjeść. Próbując znaleźć coś naprawdę tradycyjnego, krążyliśmy od knajpki do knajpki, aż doigraliśmy się deszczu. W końcu, głodni, zmarznięci i zmoczeni, jak zbłąkani wędrowcy na pustyni trafiliśmy do prawdziwej oazy.  Fatamorgana? Nie, święto wina. Na nieregularnym, trójkątnym náměstí Svobody, czyli głównym placu starej części miasta, w gwarnym zbiegowisku tłoczyli się ludzie, którzy zdawali się być bardzo zadowoleni. Trzymali kieliszki z winem i bryłki kremowozłotych serów.  Na placu wyrosły dziesiątki budek, z których unosiły się parujące na deszczu, odurzające zapachy wędzonki i pieczenia. Trafiliśmy we właściwe miejsce.
 

Żeby upewnić się, czy nam się to wszystko nie śniło, przyszliśmy następnego dnia przed południem. Winne eldorado trwało w najlepsze. U podnóża bogato złoconej, barokowej kolumny ze świętymi figurami rozłożyły się grzeszne stoły zastawione winem i smakołykami, przypominające wielki rodzinny piknik. 



W świetle dnia mogliśmy bardziej świadomie poznawać i degustować lokalne odmiany win, po kilkadziesiąt koron (kilka złotych) za kieliszek. Większą miarę, kubek, butelkę lub baniak, stosuje się do degustacji burčáku. Jak każdy szanujący się odkrywca najpierw spróbowaliśmy, potem dowiedzieliśmy się, co to: niesfermentowane wino, a raczej jego produkt uboczny, czyli napój z moszczu z winogron, który powstaje zaledwie po kilku dniach fermentacji. Ma zawiesistą konsystencję niepasteryzowanego soku z jabłek, z lekko musującym efektem. Smakuje lekko i owocowo, trochę jak cydr. Przeważnie wytwarza się go z białych winogron, ale bywa też z czerwonych (ma wtedy piękny, rubinowy kolor). Czeska ustawa winiarska określa, że burčák można sprzedawać wyłącznie z tegorocznych winogron i tylko w okresie od 1 sierpnia do 30 listopada. Spieszcie się!



Na zachętę sekretny adres w Brnie - na tyłach gotyckiej katedry, od uliczki Vaclava Havla po stromych schodkach w górę, znajduje się kawiarnia Francuska, która przypomina stary klasztorny wirydarz. Obsługa ekumeniczna, w strojach z różnych stron świata. Kawa pyszna. Klimat niezapomniany. 


Mikulov

Stało się jasne: w dwa dni nie zobaczymy na Morawach nawet ułamka tego, co byśmy chcieli. Dlatego zdecydowaliśmy: spokojnie. Powoli. Wybraliśmy kwadrat czterech miejscowości, które musiały nam wystarczyć na ten pierwszy raz. Po resztę mieliśmy wrócić w przyszłości.
Zatem z Brna – Mikulov, miasteczko wizytówka, lub jak kto woli, pocztówka. Pod austriacką granicą, lecz po co jechać do Austrii, skoro tu jest wszystko: domki o czerwonych dachach, widokowe wzgórza, świetne wino. I ceny o wiele bardziej zachęcające.


Ale najpierw droga: niespodziewanie wokół płaskiej jak stół szosy wyrastają pofałdowane, soczysto zielone pola winorośli. Gdzieniegdzie krajobraz dosładza malownicza wapienna skała, wyciągając mnie z porzuconego na poboczu samochodu w jękach zachwytu. Warto zjechać z głównej drogi i na chwilę zaplątać się w maleńkich wioskach pnących się w górę. Aż wreszcie jak podane na tacy ukazuje się miasteczko – zwarte i dekoracyjne jak tort, pośrodku którego wznosi się wieża zamku. 



Mikulov najlepiej oglądać z góry, z perspektywy wieży Kozí hrádek, czyli Kozi zamek, skąd roztacza się panorama sięgająca Austrii. Albo z samego serca, w środku starówki, gdzie znów trafiamy na święto wina. Każą nam zapomnieć o tym, czego nauczyli nas w Brnie, bo najlepsze wina są tylko z Mikulova. Tym razem, oprócz świetnego rosé, naszym odkryciem jest też aksamitny biały ser z orzechami.




Znojmo


Słońce wędruje po niebie i bezlitośnie każe ruszać dalej. Żeby alkohol mniej uderzał do głowy, warto podłożyć zupę czosnkową z grzankami, aromatyczny gulasz z ziemniaczanym knedlem i tradiční smažák, czyli smażony panierowany ser. Te smakołyki serwuje maleńka knajpka U Karla, położona przy placyku z kocich łbów, który o zmierzchu przywodzi na myśl senne skwerki gdzieś na dalekim południu.  Jesteśmy ledwie kilka kroków od zjawiskowego kościoła św. Mikołaja. Jak na swojego patrona przystało, położona nad urwistym brzegiem rzeki świątynia jest niesamowitą niespodzianką, które prowincjonalne, senne Znojmo zmienia w miasteczko jak z baśni. Najlepszy widok na rzekę i kościół roztacza się spod kamiennej, blisko tysiącletniej rotundy św. Katarzyny. Z takim widokiem będzie trwać zapatrzona kolejne tysiąc lat.



 Ołomuniec

O ile kolumna w Brnie dyskretnie przyglądała się życiu rynku, w Ołomuńcu to cały rynek przygląda się XVIII-wiecznej kolumnie św. Trójcy. Jest olśniewająca – w przenośni i dosłownie, bo jej czubek błyszczy ogromną pozłacaną figurą. Jest w tej barokowej budowli coś podniosłego i mistycznego, przywodzącego  na myśl odległe czasy. Wznoszenie słupów morowych, będących podziękowaniem za ocalenie mieszkańców od epidemii, rozpowszechniło się po soborze trydenckim. Na Morawach, w starych, niezniszczonych wojenną zawieruchą miejscowościach, kolumny są częstym widokiem.



Ołomunieckie Stare Miasto jest drugim, po Pradze, największym zespołem zabytkowym w Czechach. Mnie najbardziej urzekł gotycki ratusz z socrealistycznym wariantem zegara astronomicznego. Jego sąsiedztwo z bogato zdobioną, wpisaną na listę UNESCO kolumną to najlepsze podsumowanie Moraw: tu tradycja miesza się z pragmatyzmem i charakterystycznym poczuciem humoru, za które tak kochamy naszych południowych sąsiadów.


3 komentarze:

  1. Bardzo kuszące, może jeszcze zdążę pojechać tej jesieni!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko pozazdrościć. A na zimę Beherovka lub Rum Tuzemski ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie trochę rumcajsowe klimaty ! Piękne miasteczka i cudowna atmosfera :) Zaglądam tam czasami ja jadę do Polski.

    OdpowiedzUsuń