Santorini – mieszkanie na wulkanie

wtorek, września 01, 2015 Magda 0 Comments




Kierunek podróży często wybieram na podstawie fotografii. Towarzyszy mi przy tym obawa, że zdjęcia ładnych miejsc to mistyfikacje, sprytnie wykadrowane urywki takiej sobie całości. Przed wyjazdem obejrzałam tyle ujęć Santorini, że całą wyspę mogłam odtworzyć z pamięci. Było jeszcze piękniej, niż się spodziewałam.


Wiele rozkoszy kryje w sobie ten świat – kobiety, owoce, idee. Ale pruć to morze (...), szepcąc imię każdej wyspy – to rozkosz, która zdolna jest przenieść serce człowieka wprost do raju. Nigdzie tak łagodnie i łatwo nie przechodzi się od rzeczywistości do marzenia. Zacierają się granice, a maszty najstarszych okrętów obrastają owocami jak pędy winogron. Można powiedzieć, że tu, w Grecji, cud rodzi się na zawołanie.

Wkładam „Greka Zorbę” do  torby na ramię i wychodzę na zewnętrzny pokład katamaranu, który o świcie wypłynął z portu w Heraklionie w kierunku Santorini. Kretę, barwnie opisywaną w książce Nikosa Kazantzakisa, od najsławniejszej i położonej najdalej na południe z Cyklad dzieli niewiele ponad 100 km i 3 godziny rejsu. To dłuższa, lecz tańsza droga dostania się na flagową grecką wyspę widoczną na większości pocztówek.

Niewielkie santoryńskie lotnisko jest w stanie obsłużyć ograniczoną liczbę samolotów, a ceny biletów lotniczych są wysokie. Ze względu na dużą odległość od stałego lądu, małą powierzchnię i aurę wyjątkowego miejsca, życie na Santorini nie jest tanie. To miejsce wybierane przez tych, którzy pragną odrobiny luksusu w ekskluzywnym wydaniu. Wyspa jest popularną lokalizacją na wymarzony miesiąc miodowy, bajkowy ślub oraz wille sław, takich jak Brad Pitt, Angelina Jolie i rodzina Kennedych.

Stary wulkan słabo śpi

Przybywających na Santorini łączy jeszcze jedno: zamiłowanie do ryzyka. Przebywanie tutaj to życie na wulkanie – w dosłownym znaczeniu tych słów. Wąski ląd o kształcie półksiężyca to krawędź krateru wulkanu, który ok. 1600 r. p.n.e. wybuchł z siłą czterokrotnie większą niż słynny Krakatau, zatapiając dwie trzecie wyspy i powodując spustoszenie w dużej części planety. Odgłos potężnej eksplozji przez ponad 4 godziny grzmiał nad oceanami i kontynentami, a pozostałości chmury popiołu, wyrzuconej na wysokość 80 km, unosiły się nad ziemią przez kilka lat. Pumeks pochodzący z wybuchu odkryto min. na Cyprze oraz w Turcji. Prawdopodobnie deszcz wulkaniczny i fale tsunami były przyczyną upadku rozwiniętej na Krecie kultury minojskiej. Przez 500 lat od wybuchu Thira (dawna nazwa Santorini) pozostawała niezamieszkana.
Przed wybuchem zaniepokojeni zwiększoną aktywnością wulkanu mieszkańcy zdążyli w porę opuścić wyspę. 3,5 tysiąca lat później, w 1956 r., dali się jednak zaskoczyć. Nad ranem nastąpiło trzęsienie ziemi o sile 8 stopni w skali Richtera, które zniszczyło 2 tysiące zabytkowych domów oraz pozostawiło 50 zabitych i kilkuset rannych.

Dzisiejsza Santorini skupia się na wąskim pasku urwistych skał górujących nad kalderą, do której podczas wielkiego wybuchu wlało się morze. Zazwyczaj po eksplozji działalność wulkaniczna nie ustaje i w kalderze tworzy się nowy stożek. Tak jest w przypadku Santorini. Z balkonów tutejszych kawiarni i tarasowych basenów roztacza się widok na malowniczą wysepkę Nea Kameni. Ten urokliwy element krajobrazu niebezpiecznie przypomina nowy stożek, złowieszczo wypiętrzający się pośrodku kaldery. Podobno kolejna erupcja jest tylko kwestią czasu. Nikt nie potrafi przewidzieć, jak długiego.

Piękne niebezpieczeństwo

(…) krajobraz przypominał mi dobrą prozę, wypracowaną, oszczędną, wolną od zbędnych ozdobników, pełną dynamizmu i powściągliwą. Jak ona wyrażał istotę rzeczy najprostszymi środkami, wolny od wszelkiej kokieterii, od najmniejszej sztuczności, po męsku surowy. Ale wśród jego ostrych kształtów można było odnaleźć nieoczekiwaną czułość i zmysłowość. W cichych dolinach upajały wonią drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a z nieskończoności morza, jak z niewyczerpanego źródła emanowała poezja.


Katamaran zwalnia i pozwala się nacieszyć widokiem na przybliżającą się Santorini. Na pierwszy rzut oka wyspa w niczym nie przypomina urokliwej pocztówkowej scenerii. Rudobrązowe skaliste ściany wyrastają pionowo wprost z kobaltowego morza. Przecinają je poprzeczne warstwy i żłobienia, przypominające budowę Wielkiego Kanionu. Na czubkach skał w blasku słońca bielą się wioski i miasteczka, przypominające śnieżne plamy na szczytach gór. Nieprzyjazne, poszarpane brzegi grożą wspomnieniem zatopionego w 2007 roku wycieczkowca Sea Diamond.
Przepływamy obok oznaczonego wraku i przybijamy do maleńkiego portu Athinios. Wysiadam i moja pierwsza myśl brzmi: co dalej? Poza betonową płytą i kilkoma niskimi budynkami nie widzę żadnych śladów człowieka, ani możliwości dalszej drogi. Wzdłuż wybrzeża nie biegnie żadna trasa, nad portem wznosi się pionowa skała. Jest gorąco, wyraźnie cieplej niż na Krecie. Może to świadomość wybuchowej przeszłości wyspy tak podgrzewa atmosferę? Przesłaniam oczy ręką i z trudem wypatruję wąską, stromą drogę, która ostrymi zygzakami pnie się na szczyt skały. Cieszę się, że tym razem nie zdecydowałam się na samodzielne wynajęcie samochodu. Na górę można dojechać taksówką lub autobusem ze zorganizowanymi wycieczkami. Podczas jazdy czeka mnie trudne zadanie: podziwiać widoki i nie patrzeć w dół.


Przed wybuchem wulkanu Thira była okrągłą wyspą o kształcie łagodnego wzgórza, obficie pokrytą soczystą roślinnością. W niczym nie przypominała surowego, pustynnego krajobrazu, który przeważa tu dzisiaj. Płaskie, gładko schodzące do morza wschodnie wybrzeże przypomina tamte czasy. Ma łatwiej dostępne plaże, jest bardziej zielone niż reszta wyspy, mniej tłoczne i… znacznie nudniejsze. Najbardziej widowiskowe, ulubione przez zwiedzających miasteczka znajdują się po stronie zachodniej, niebezpiecznie osadzone na nadmorskich urwiskach. Kuszą urokliwą, pastelową zabudową i spektakularnymi widokami na srebrzące się w słońcu głęboko niebieskie morze, upstrzone okruchami wulkanicznych  skał i maleńkimi wysepkami – pozostałościami dawnej Thiry.


Atrakcje Atlantydy

Ciemnobłękitne fale sięgały wybrzeży Afryki. Od dalekich rozpalonych piasków wiał często gorący południowy wiatr. Rano morze pachniało arbuzem, w południe było nieruchome i pokryte lekką mgiełką, jego delikatne falowanie przywodziło na myśl ledwo zarysowane kobiece piersi, wieczorem wzdychało i miało kolor róż, oberżyny, wina.
Santorini oszałamiająco kontrastuje kolorami. Zapamiętałam to czarujących pstrokatych obrazków. To właśnie one jak  syreni śpiew przyciągnęły mnie na wyspę. Santoryńskie pamiątki w charakterystycznych nasyconych barwach sprzedawane są w całej Grecji, ale poza Cykladami próżno szukać takich widoków. Śnieżna biel budynków, czerwień skał i ciemnoniebieskie morze – tutaj wszystko jest bardziej, mocniej, wyraźniej. Nawet plaże nie są blade, lecz czarne (Kamari, Perissa) lub intensywnie czerwone, jak otulona ceglastymi skałami Red Beach w Akrotiri.



Zdaniem niektórych jest oczywiste, że to antyczna Thira była stolicą mitycznej cywilizacji Atlantów. Wielki wybuch wulkanu doskonale wyjaśnia tajemnicze zniknięcie Atlantydy powierzchni ziemi i pochłonięcie jej przez morskie wody. Dowodem na prawdziwość tej teorii miałyby być wykopaliska niedaleko miejscowości Akrotiri. Odkryto tam fragmenty dużego miasta, zwanego greckimi Pompejami, które są otwarte dla zwiedzających. Wycieczkę można uzupełnić o wizyty w Muzeum Archeologicznym i Muzeum Prehistorycznym w Firze.
Wszystkie walory wyspy, jak każdej wykwintnej potrawy, podkreśla dobre wino. Winorośl na Santorini uprawia się płożąco – jej pędy rozpościerają się bezpośrednio na ziemi, co umożliwia lepsze wykorzystanie wilgoci porannej rosy. Abu chronić zbiory przed silnym wiatrem, latorośl jest formowana w kształt korony. Krzew tworzy rodzaj kosza, w którym bezpiecznie dojrzewają grona. Centrum produkcji tutejszego wina jest Mesa Gonia, a najpopularniejszymi szczepami na wyspie są białe Assyrtiko i Athiri oraz czerwone Mavrotragano. Popularne są tu zwłaszcza mocne, słodkie wina deserowe, którymi sklepikarze chętnie częstują przechadzających się turystów.




Luksus robienia niczego

Jedynym wysiłkiem, jaki jest sens podejmować na Santorini, są spacery wzdłuż i w dół stromych grani, których uczepiły się zjawiskowe miasteczka. Można zacząć od Oia na północnym wierzchołku wyspy i poruszać się na południe, przez Imeroviglio do Firy. Wąskie uliczki biegnące między lilipucimi domkami, wiatrakami i kościółkami można przemierzać na własnych nogach lub wynajętym w roli taksówki osiołkiem. Choć zdecydowana większość budynków pochodzi z czasów po trzęsieniu ziemi z 1956 r., przy ich budowie zachowano tradycyjny styl. Obramowania okien i drzwi mają kolor ochry, dzięki czemu odstraszają owady. Dachy większości domów są półkoliste, co sprawia, że gorące powietrze nie gromadzi się pod sufitem. Cyrkulacja powietrza jest dzięki temu lepsza, a krajobraz – jedyny w swoim rodzaju.



Niskie białe płotki kuszą, by przesadzić je dużym krokiem i zająć któryś z urzekających domków tylko dla siebie. Przechadzka między sielskimi ogródkami, galeryjkami sztuki i tarasami pełnymi białych krzesełek mogłaby trwać w nieskończoność. Tak jak przesiadywanie w bajkowych basenach zawieszonych nad przepaścią i niezliczonych kafenionach skrytych w cieniu malinowej bugenwilli. Ale każdy dzień musi mieć swój kres. Na otarcie łez Santorini ofiaruje swym gościom najwspanialsze zachody słońca. To właśnie ze względu na nie większość gości decyduje się na nietani nocleg w jednym z kameralnych hoteli na wyspie. Nie ma tu bezdusznych wieżowców, a szanse na widok na zatokę są wysokie. Przez zmierzchem ciasne uliczki stają się jeszcze bardziej tłoczne i gwarne niż za upalnego dnia. W knajpkach szybko zapełniają się miejsca. Zachód słońca można też podziwiać z pokładu statku niespiesznie krążącego po zatoce. Sama nie wiem która opcja jest lepsza. Zniewalający widok na niebo i morze, skąpane w różnokolorowej słonecznej poświacie? A może panorama kaskadowych miasteczek, rozświetlonych tysiącami świateł? Warto ocenić samemu.


Santorini jest niewielka i podobno można ją zwiedzić w 2-3 dni. Co robić potem? Proponuję wpatrywać się bez końca w oszałamiające widoki, popijając sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Czy to mało? Możliwe. Lecz czy naprawdę chcemy być zajęci w raju?

Po południu bawiłem się piaskiem, nabierałem w dłonie te drobniutkie, jasne ziarenka i pozwalałem, aby prześlizgiwały się między palcami, ciepłe i delikatne. Dłoń moja była jak klepsydra, przez którą przepływa, ginąc, życie. A ja spoglądam w morze i słucham Zorby, i szczęście rozsadza mi skronie.

Cytaty w tekście pochodzą z książki „Grek Zorba” Nikosa Kazantzakisa



0 komentarze: