O północy w Pradze

wtorek, września 22, 2015 Magda 1 Comments


Miejsca takie jak Praga przyprawiają mnie o lekkie drżenie i zawroty głowy. To moja osobista wersja agorafobii: oszołomienie miastem, za którym stoją wieki historii, architektury i sztuki.

W związku z pracą coraz częściej wyjeżdżam do czeskiej Pragi. We wrześniu będę tam dwa razy, co bardzo mnie cieszy, bo delegacje w tym mieście są jak marzenie. Po pierwsze, czeski rynek książki, który mnie tam sprowadza, rządzi się innymi prawami niż ten w Polsce: Czesi czytają dużo i często, a tamtejsze księgarnie to rzeczywiście księgarnie, a nie wypełnione przypadkową zbieraniną przedmiotów galerie, w których mimo nazwy zdarzają się całe piętra bez ani jednej półki z książkami. Palac Knihy przy Placu Wacława to rzeczywiście książkowy pałac – na kilku poziomach znajdziemy nie tylko wydawnicze nowości, które u nas po kilku tygodniach zastąpiłyby kolejne, ale też pięknie wydane, ponadczasowe wznowienia klasyków literatury, które my możemy znaleźć tylko w omszałych bibliotekach. Ale motyw książkowy jeszcze pojawi się w tym mini-przewodniku.

Drugi powód mojej radości to ten nieoficjalny, czyli zupełnie prywatna przyjemność z przebywania w pięknym miejscu. Niezależnie od liczby służbowych obowiązków zawsze znajduję czas na „rundę honorową”, czyli chociaż krótki spacer po mieście. A że pracy mam sporo, chodzę po Pradze w niepopularnych godzinach – bardzo wcześnie rano lub późnym wieczorem. Walka ze snem warta jest zachodu, bo samotne wędrówki po opustoszałym mieście odsłaniają jego oblicze, które na kilka chwil jest tylko dla mnie.

Dzielę się nim niechętnie, z przemykającym nocą psem z kulawą nogą (a jednak tu zagląda) lub z podnoszącym rolety rannym ptaszkiem-sklepikarzem. Poza nimi nie mam konkurencji – o tej porze turyści śpią, a kawiarnie i piwiarnie są jeszcze lub już zamknięte. Nie szkodzi, nie są mi potrzebne. Upijam się miastem.

Miejsca takie jak Praga w pewien sposób mnie paraliżują. Ośmielać się je zwiedzać, a co gorsza, opisywać, to próby porwania się z motyką na słońce. Z góry stawiają nas na straconej pozycji, bo nie sposób wszystkiego wiedzieć, dostrzec, zapamiętać. Kluczowe daty, znakomite budynki i wybitne postaci wprawiają w zażenowanie, boleśnie obnażając nieświadomość. Widzimy to, co najbardziej na zewnątrz. Wielopoziomowe warstwy poprzednich epok i pokoleń możemy tylko przeczuwać.


Wydaje się, że ich dźwięki słychać między brzękiem kieliszków, szczękiem sztućców i gwarem gości w Café Imperial i Francouzská restaurace. Na ścianach florale Art Nouveau, na sufitach kryształowe żyrandole, na stołach złote kandelabry. W karcie dań delicje, w obsłudze eleganccy kelnerzy. Żadne nieopierzone chłystki na dorobku, ale szacowni panowie znający się na swoim fachu.
www.francouzskarestaurace.cz
  Tu mogłaby się rozpocząć akcja praskiego sequelu „O północy w Paryżu”, a miejskim przewodnikiem bohatera mógłby się stać Franz Kafka. Łapmy za skrawek czarnego płaszcza. Niech nas poprowadzi.


Kiedy złoty kur na ratuszowym zegarze odgwiżdże taniec świętych figurek, ruszymy obchodząc rynek Starego Miasta. Na uliczce Karlovej przeglądamy się w wystawach sklepów z lalkami i czekoladowymi pralinami. Mijamy kilka antykwariatów i galeryjek z akwarelami. Nie kupujmy, lepiej potargować się z ostatnim lub pierwszym malarzem, jaki wystawia się na moście Karola. Nikogo nie spotkaliśmy? To nie znaczy, że jesteśmy sami. Spójrzmy w górę i ukłońmy się poczerniałym kamiennym figurom.
Witajcie na Małej Stranie. Stąd tylko krok na Hradczany. Mniej więcej na wprost, choć żeby je znaleźć, zawsze trzeba zboczyć z drogi. Nie oglądajcie się za siebie, po prostu idźcie. Coraz stromiej, coraz ciszej – to dobry znak. Nie bójcie się furtki do milczącego parku. Śmiało, jeszcze kilkadziesiąt metrów ostro w górę. Tak, już można. Popatrzcie za siebie – u Waszych stóp leży Praga. Piękna i z oddali zdumiewająco cicha.
 Przejdźcie ścieżką nad głębokim jarem i skręćcie w lewo. Czarna strzałka na murze to znak: tu kamienice rozchylają się w sekretne przejście na wyższy poziom wtajemniczenia.


Piętro wyżej trafimy na szeroki, rozświetlony wspaniałymi latarniami plac, nad którym góruje katedra. Przejścia do niej strzegą pasiaste budki wartowników. Jeszcze tylko labirynt prezydenckich zabudowań i jesteśmy święty Wit wita.

Franz znika w wąskim przesmyku z boku katedry. Idzie w kierunku Złotej Uliczki. Niestety, zamknięte. Ktoś ustawił tu bramki na bilety. Nie zgadzając się taki szantaż, nocą lub o świcie możemy spróbować się po nich wspiąć i ukraść sobie widok maleńkich domków. Możemy też tutaj rozstać się z Franzem. Nie naprzykrzajmy się mu zbyt długo. Jeszcze tu wrócimy!
 

1 komentarz:

  1. Co za klimat! Aż chce się wsiąść i jechać

    OdpowiedzUsuń